Jakie skojarzenia mają Polacy na temat Hospicjum?

Jakie skojarzenia mają Polacy na temat Hospicjum?

W naszej kulturze jesteśmy zupełnie nieprzygotowani na odchodzenie. Boimy się śmierci, 45% ludzi nie rozmawia o śmierci, 30% nawet o niej nie myśli.
Wielu osobom hospicja kojarzą się z „umieralnią” i „bezsilnością”. Zdaniem ekspertów takie miejsca powinny kojarzyć się ze spokojem w obliczu odchodzenia. Jak wynika ze statystyk, ponad połowa Polaków umiera w szpitalach, w obcym otoczeniu, gdzie bardzo często czują się zdezorientowani i samotni. Puckie Hospicjum, chce pomóc ludziom oswoić temat, który dotyczy każdego z nas i dać wskazówki, jak postępować, aby zmniejszyć cierpienie fizyczne, psychiczne oraz duchowe związane z odchodzeniem naszych bliskich.

Stworzenie Raportu nie było proste, spędziliśmy wiele godzin na badaniach oraz rozmowach z ekspertami. Ostatnie doby, przed drukiem pracowaliśmy 24 godziny na dobę, aby dopiąć wszystko na ostatni guzik. Było ciężko, ale wierzymy, że nasza praca nad Raportem opłacała się. Opieka paliatywna i hospicyjna ma za zadanie poprawić jakość życia chorych, zapobiegać bólowi oraz go uśmierzać, a także łagodzić cierpienia psychiczne – nie tylko odchodzących, ale również jego rodziny i bliskich.

Zachęcamy Państwa do zapoznania się z  naszym Raportem o Dobrym Umieraniu.

Ostatni śnieg

Ostatni śnieg

Była zima. Pełniłam nocny dyżur. Na oddziale leżała pani Wiesia. Stan pacjentki tej nocy zaczął znacząco pogarszać się. Pomimo późnej godziny spytałam, czy powiadomić kogoś z rodziny. Pani Wiesia nie chciała martwić swoich bliskich. Nie pozwoliła mi wykonać telefonu. Uszanowałam jej decyzję. Wróciłam do swoich obowiązków.

Przy blasku lampki, pochylając się nad dokumentami, spojrzałam za okno. Spostrzegłam pierwszy tegoroczny śnieg. To był impuls. Pobiegłam do Hospicyjnego ogrodu. Wzięłam garść białego puchu.  Od razu zaniosłam go Pani Wiesi. Położyłam płatki śniegu na jej ręce. Wzruszyła się a oczy się jej zeszkliły. Na twarzy pojawił się lekki uśmiech. Nie miała już siły. Nie wiedziałam, że tak mały gest może wywołać tyle emocji na twarzy umierającej osoby. Wystarczyło przynieść te parę płatków śniegu z ogrodu, w którym Pani Wiesia tak często przebywała. Stan podopiecznej pogarszał się z godziny na godzinę. Nad ranem powiadomiłam rodzinę.

To jest Puckie Hospicjum. Pracuję w miejscu, w którym należny chwytać każdą chwilę.
Nie dzień, ale godziny a nawet minuty mają znaczenie.
Pani Wiesia odeszła rano.

Dziękuję jak potrafię

Dziękuję jak potrafię

Co może być piękniejszego od znalezienia własnego miejsca na skrawku ziemi, ciepłego, pełnego spokoju
i poczucia bezpieczeństwa?

Ja to znalazłam w Puckim Hospicjum. To są uczucia, które  towarzyszą mi, kiedy stąpam po hospicyjnym korytarzu. Czuję, że jestem wśród ciepłych, serdecznych i dobrych ludzi. Cenię każdy ich miły gest, uśmiech, życzliwą postawę. Tu znajduję rodzinną atmosferę, mimo że nie jesteśmy spokrewnieni. Może to pokrewieństwo dusz. Może to urok tego miejsca.

Poza nim odbyło się wiele spotkań, w których miałam przyjemność uczestniczyć. To wyjazdy do Żarnowca, Pelplina, Białogóry, Jastrzębiej Góry, Swarzewa, Sopotu, Gdańska. Dzięki nim poznałam wielu ciekawych rozmówców, wspaniałych ludzi. Każde z tych spotkań zasługiwałoby na spisanie osobnej historii. Może kiedyś to uczynię.

Nie tylko ja czułam się tu dobrze. W wolnych chwilach czytam z rozrzewnieniem spisane na kartach wspomnienia mojego wnuczka. Jako wolontariusz Puckiego Hospicjum brał udział w  uroczystościach z nim związanych : Droga Krzyżowa korytarzami Hospicjum, wyjątkowa Niedziela Palmowa, podniosła uroczystość Bożego Ciała. Chętnie brał w nich uczestniczył, chętnie przyjeżdżał do Pucka, brał udział
w mszach na terenie Spotu. Swoje odczucia z tym związane, powierzył kartkom. Czytam je z dumą. Noszę w sercu. Na zawsze.

Przemierzyłam długie, srebrzyste plaże, wąskie leśne ścieżki, widziałam świątynie sięgające nieba, podziwiałam kościoły rozbrzmiewające chorałami, odwiedziłam ciekawe pensjonaty, polskie kurorty… Byłam wszędzie tam, gdzie można by odnaleźć dni wolności i czas pogody. Ale zawsze w sposób szczególny będę wspominać pobyt w domu pod dobrym aniołem – w domu hospicyjnym.

Dziękuję Pani Dyrektor za serdeczność i wsparcie, koleżankom z recepcji, Marii, Basi, Sabinie za wzorową współpracę, Pani Justynie za rozmowy o życiu i wszystkim z rodziny hospicyjnej, którzy darzyli mnie miłym uśmiechem i dobrym słowem. Dziękuję tak, jak potrafię.

Alicja

Krótka historia o tym, że to, co nam przeznaczone, rodzi się czasem w oparciu o nasz własny potencjał

Krótka historia o tym, że to, co nam przeznaczone, rodzi się czasem w oparciu o nasz własny potencjał

Abyście zawsze umieli patrzeć na innych ludzi i na samych siebie, takim spojrzeniem czułym, miłosiernym
i przebaczającym. Spojrzeniem, które pozwala iść prosto na drodze życia w przyszłość pełną nadziei.

Jan Paweł II, 2004

Te słowa mocno utkwiły mi w pamięci: dawać innym, aby żyć godnie, mieć czyste sumienie… pomagać jak najlepiej potrafię. Jakże byłam szczęśliwa, że będę mogła realizować to swoje przyrzeczenie : gdy moja siostra wyjdzie na prostą, będę pracować dla innych w ciszy, spokoju, w miejscu dla mnie niezwykłym.

A zaczęło się tak…

Był listopadowy ponury dzień, kiedy udałam się z siostrą do puckiego szpitala na oddział chirurgii ogólnej. Tu po raz pierwszy zetknęłam się z pielęgniarka oddziałową – Anną Jochim Labudą. Zwróciłam się do niej z prośbą
o ściągniecie szwów po operacji. Z uśmiechem, właściwym tylko dla niej, przystąpiła do udzielenia nam pomocy. Poprosiła o konsultację lekarza. W jej zachowaniu czułam serdeczność i zrozumienie dla chorego, starszego człowieka. Poczułam się wyróżniona.

Pani Ani zawdzięczam dużo, może więcej niż wiele. Wieczorem tego dnia odwiedziła siostrę w jej mieszkaniu
z zapytaniem o zdrowie, samopoczucie. Ta wizyta sprawiła, że moja siostra wzniosła się ponad. Kilka chwil sprawiło, ze pojawiła się nadzieja na lepsze dni.

Wówczas zrozumiałam jak  ogromna jest potrzeba podawania ręki drugiemu człowiekowi w newralgicznych momentach życia. Hospicjum jeszcze było w trakcie budowy. Odwiedziłam to miejsce, żeby złożyć oświadczenie chęci udzielenia tym ludziom pomocy. Najlepiej jak będę potrafiła.

Zaoferowano mi polewanie kwiatków. Było ich już całkiem dużo. Okoliczni mieszkańcy przynosili sadzonki do Hospicjum, chcąc wyrazić swój udział w budowaniu NOWEGO DZIEŁA. Szczerze mówiąc, skrzywiłam się trochę, gdyż słabo znam się na roślinach. Jednak mimo obaw, podjęłam wyzwanie, ciesząc się, że raz w tygodniu będę mogła podążać do domu hospicyjnego.

Minęło 10 lat od mojego pierwszego spaceru z ulicy Sędzickiego w Pucku na Dziedzictwa Jana Pawła II. Tak samo cieszę się każdego dnia do tej drogi jak wówczas.

Wrócę jednak do tych nieszczęsnych kwiatów. Czyniłam sumiennie swą powinność, podlewając obficie wszystkie kwiaty. Nie zdawałam sobie sprawy, że jedne wymagają większego nawodnienia a inne zupełnie nie lubią wody. Pewnego dnia zauważyłam, że część kwiatków doniczkowych padła. Z przerażeniem pobiegłam do kwiaciarni kupić nowe. Martwiłam się tym, co będzie, gdy ktoś zauważy braki w doniczkach.

Tymczasem moim poczynaniom przyglądała się Pani Krysia. To ona dbała o ład i porządek w każdym zakamarku Hospicjum. Jej postać budziła we mnie obawę. Wydawało mi się, że ona jedna widzi każde moje potknięcie
i każdy mały błąd. Jeśli ktoś mógł dostrzec podmianę kwiatków – to właśnie ona. Nie zniechęcałam się swoimi niepowodzeniami. Rosłam w siłę z każdym spojrzeniem ks. Jana, ciepłym uśmiechem Ani, Justynki…

Zbliżał się dzień przybycia pierwszego pacjenta. Wszyscy byliśmy niebywale podekscytowani. Wytworzyła się atmosfera napięcia, nerwowości, przeplatana radością. Moja radość była nieporównywalnie ogromna. Pani Ania zaproponowała dla mnie nowe zajęcie – popołudniową pracę w recepcji w godz. 16:00 do 20:00.

Ofertę tę przyjęłam z powagą godną tego miejsca. Recepcja to pierwsze stanowisko na jakie trafiamy w Hospicjum. Tutaj wita się przybyłych gości, poznaje się rodziny Podopiecznych, odbiera się telefony, udziela pierwszych informacji.

Tutaj czasem ktoś wspomni ależ macie Państwo wspaniały ogród. Uśmiecham się wówczas znacząco do siebie. Kocham na ten ogród patrzeć …z mojego miejsca w recepcji.

Cdn.

Przyjeżdżam do tego miejsca, w którym kończą się baterie życia, by ładować swoje – poznajcie historię Beaty

Przyjeżdżam do tego miejsca, w którym kończą się baterie życia, by ładować swoje – poznajcie historię Beaty

Przyjeżdżam do tego miejsca, w którym kończą się baterie życia, by ładować swoje – poznajcie historię Beaty

Dostałam książkę „Życie na pełnej petardzie”. Książka leżała sobie i czekała na swój czas. Księdza Jana pierwszy raz zobaczyłam w telewizji. Wybacz Janie, ale pomyślałam „kolejny nawiedzony”. Jednak było w nim coś takiego, że zaczęłam wsłuchiwać się w jego słowa. I one do mnie przemówiły. A raczej on, tym jak mówił. I wówczas przypomniałam sobie o książce. Ten czas nadszedł. Od tego się wszystko zaczęło.

Przeczytałam książkę i byłam nim zafascynowana. Na końcu tej książki podane było konto Puckiego Hospicjum. Miałam pewną sumę odłożoną z intencją: szczytny cel.  Znalazłam te pieniądze. Wiedziałam, że nie były dane mi. Postanowiłam je wpłacić na to konto.  Ale to też nie stało się  od razu. Minął prawie rok.

Tymczasem rosła moja sympatia do tego nietuzinkowego kapłana. Prosty język przekazu, którym się posługiwał, analogie które stosował, przykłady które przywoływał…były jakby uszyte na moją miarę. Widziałam już w nim celebrytę niemalże, kiedy pierwszy raz pojawiła się myśl, że powinnam go poznać. Oczywiście w ślad za tą szaloną myślą szły miliony znaków zapytania : jak? On jest w Pucku a ja mieszkam w Bielsko-Białej… Poprosiłam swoją najstarszą córkę „córuś.. Ty tak ładnie piszesz. Może napisałabyś maila do tego Pucka z zapytaniem czy ja nie mogłabym tam przyjechać? Może mogłabym za te pieniądze zrobić w Hospicjum dekoracje na Boże Narodzenie (edit : mówiłam, że prowadzę kwiaciarnię?). Córka zadzwoniła tam, ale uzyskała informacje, że ksiądz jest już bardzo chory i rzadko bywa w Hospicjum. Po jakimś czasie odebrałam telefon
z Hospicjum. Ksiądz Jan zgodził się mnie przyjąć. Zjawiłam się w Puckim Hospicjum dokładnie 30 listopada 2015. Pojawiałam się tam ze swoimi kwiatami, gwiazdami betlejemskimi i masą gadżetów od znajomych, którzy bardzo chcieli wnieść swój wkład w udekorowanie Hospicjum. Pojawiłam się tam ze swoją wiarą i nadzieją.
I z całą swoją błogą niefrasobliwością.

Przyjechałam tu z córką. Wprowadzała nas dyr. Ania (edit : Aniu bardzo to było przyjemne Cię poznać). Nie była pewna, czy Ksiądz Jan będzie na siłach, by nas przyjąć. Ale doczekałam się. Na początku było nawet miło.
A potem butnie. Na ostro. Wymiana zdań. Różnice poglądów. Odmienne opinie. Ksiądz wyraźnie lubił wyzwania. Wręcz atakował mnie swoimi poglądami. Rzucał mi je w twarz. A zaczął od tego, że osobiście nie toleruje bożonarodzeniowego kiczu i ma uczulenie na kwiatki. Ja tu przybyłam z sercem na dłoni a poczułam się, jakbym dostała w twarz. Nie udawał. Był ze mną szczery. Nie chciał litości. Miękko weszłam w te konwencję trudnego dialogu. Szamotałam się między meritum a emocjami. Jak na ringu zwierzeń. Tu cios, tam mocne słowo. Żadnych uników. On mnie atakował. Nie byłam dłużna. Moja córka próbowała łagodzić sytuację. Ale walka na ringu trwała. Aż do momentu, kiedy otworzył barek i zaproponował mi relanium. Poczułam, że uznał, że sobie w tej walce poradziłam.  Złożyliśmy  bronie.

Cztery kartony kwiatów nagle wydały mi się zbędnym balastem. A jednak postanowiłam nie rezygnować. Poprosiłam go, żeby pozwolił mi spróbować. Przygotowałam kilka dekoracji. Każdą solidnie sprawdził, z osobna zatwierdzał. Kilka rzeczy wyrzucił. Ale pozwolił zostać i pracować dalej. Choć nie wierzył, że taka egzaltowana
w jego oczach osoba jak ja, mogłaby się rzeczywiście na coś w tym miejscu przydać.  Wieczorem podczas odprawianej mszy ksiądz Jan się wywrócił. Byłam pierwszą osobą, która się przy nim znalazła. Nasza wymiana spojrzeń mówiła : a jednak.. masz w sobie siłę dziewczyno. No ba! I grunt pod nogami. Dlatego tu jestem, pomyślałam. Dlatego tak do mnie trafiasz swoim przekazem.

Następnym razem, kiedy przyjechałam z drugą córką nad morze, odwiedziłyśmy grób Jana w Sopocie. To były dziwne odwiedziny, bo ja nawet nie wiedziałam gdzie jest ten grób. Coś mnie pchało w to miejsce i nagle stanęłam nad jego grobem. Czułam jakby mnie tam na cmentarzu, ktoś wręcz pchał w jego stronę. To było przerażające i ekscytujące zarazem. Tam kolejny raz poczułam tę energię.

To spotkanie pomogło mi w życiu utwierdzić się w tym, kim jestem. To starcie dwóch mocnych charakterów pokazało mi, jak potrafię walczyć o swoje. Jego akceptacja  dodała mi skrzydeł. Wybacz Jan, wiem, że wizerunek anioła nie należał do Twoich ulubionych. Ale ja prowadzę kwiaciarnię. Kocham zapach kwiatów. Myślę, że mam do roślin dobrą rękę. I znam swoją wartość. Dlatego wracam tu każdego roku przed Bożym Narodzeniem
i dekoruję Hospicjum najpiękniej, jak potrafię. I nie zawaham się użyć do tego anielskich włosów . To spotkanie dało mi siłę. Tu w tym miejscu, w którym kończą się baterie życia, ja ładuję swoje. Bo to jest miejsce dobrej energii. I tej siły, którą w sobie miałeś.

                                                                                                                                  Dziękuję za to spotkanie. Dziękuję ze tę energię

                                                                                                                                                                                                          Beata

Historia służby dla Hospicjum to historia dojrzewania do zrozumienia. Wspomnienia Karoliny.

Historia służby dla Hospicjum to historia dojrzewania do zrozumienia. Wspomnienia Karoliny.

Historia mojej służby dla Hospicjum to historia dojrzewania do zrozumienia. Ja zrozumiałam, że bariery, które nas ograniczają, można zamienić na belki stropowe. Zrozumiałam, że słabości to też potencjał. I że wystarczy zrozumieć, by być szczęśliwym.

              Z potrzebą, która rodzi się w człowieku jest czasem jak z owocem. Musi dojrzeć. Widzimy jej pierwsze oznaki, kusi myśl o niej, ale coś każe czekać. Ten zamysł, żeby wspomóc swoją osobą Puckie Hospicjum ciągle był gdzieś w głębi mnie.  W sprzeczności z nim pojawiała się jednak zaraz niemal całkowita pewność, że sobie nie poradzę. Nawracające myśli :  „ja na oddziale hospicyjnym? przecież trzeba być sprawnym… to niemożliwe.” Do tej pory pracowałam jako wolontariuszka głównie z dziećmi. Miałam też zaszczyt dać trochę z siebie pacjentom zakładu opiekuńczo- leczniczego. Ale…hospicjum? Myślałam, że to nie dla mnie.

            W końcu poczułam, że nadeszła pora na znalezienie nowego miejsca. Czas porzucić myśli „co pomyślą inni…” Czułam, że muszę wyruszyć w głąb na wędrówkę w poszukiwaniu takiej przestrzeni, gdzie moja prawdziwa miłość, oddanie, działanie zostaną przyjęte. Gdzie poczuję, że mogę być naprawdę sobą. Pragnęłam móc wreszcie podzielić z kimś to, co tak bardzo grało w moim sercu i duszy.  Mając w uszach wiele słów Ks. Jana, postanowiłam spróbować nawiązać kontakt z Puckim Hospicjum. Nie oczekiwałam wiele. Wierzyłam jednak, że zrodzi się z tego jakieś dobro. Potrzeba dojrzała. Czułam jej sens.

              Wchodząc do Hospicjum, widziałam siebie wyłącznie w pracy recepcyjnej. O pracy na oddziale nawet nie myślałam. Po kilku dniach pracy otrzymałam informacje, że Pani Dyrektor ma  inny pomysł na moją osobę. Przyznam szczerze – byłam przekonana, iż po prostu nie mogę tam zostać. Zadzwoniłam do Pani Dyrektor, spodziewając się właśnie takiego komunikatu. Tymczasem ktoś był już dawno o krok przed i za moimi wyobrażeniami, lękami. Pani Dyrektor zaproponowała mi wolontariat opiekuńczy. Kiedy odłożyłam słuchawkę pomyślałam: „Boże, co Ty znowu robisz?!” Przyjechałam na pierwszy dzień wolontariatu. Miałam naprawdę mnóstwo obaw. Wychodząc z Oddziału byłam pewna, że muszę tam wrócić. Pokonywanie tych 115.kilometrów, czasami z dnia na dzień, stało się moim niewyobrażalnym szczęściem! Zamieniłam lęki na wiarę. Niepokój zniknął.

            Dla mnie Puckie Hospicjum to dom Aniołów. Kolejne spędzone tam godziny mocno mnie  w tym upewniały. Na nowo odkrywałam tam cenny  dar, który można dostrzec w braku, trudzie, słabości. Dzięki temu miejscu przekonałam się, że w życiu nie chodzi o bycie perfekcyjnym ,lecz o to, by pokonywać własne przeszkody na miarę możliwości, aktualnych zasobów. To, co dla jednych jest niemal oczywistością, dla innych może stanowić Mont Everest. Pracy w hospicjum towarzyszy mi ogromna wdzięczność – za słabość, za niepełnosprawność. Być może dzięki niej, dzięki wielu trudnym doświadczeniom, mogę lepiej rozumieć Pacjentów. Zrozumiałam, jak ważne jest to zwyczajne TERAZ. Wspólne TERAZ. Trzymanie za rękę, rozmowy, każdy dodatkowy gest. To miejsce pokazało mi, że bariery zaczynają się i mogą skończyć się w naszych głowach.  Nazywam Hospicjum Domem, bo tu, jak w domu, liczy się to, co masz w sobie, co MOŻESZ ofiarować. Ludzka słabość, to co w Tobie najbardziej połamane, może stać się drogą do wielkiej radości drugiego człowieka. Wiem już, że prawdziwa chęć bycia dla innych, to  dar  ukojenia, zrozumienia, poczucia bezpieczeństwa. Doświadczam tego na każdym dyżurze. Noszę w sobie niczym cenny bagaż. A ten nie ciąży jak dawne lęki. Przeciwnie. Czyni moje życie wypełnione sensem.

               Z Puckim Hospicjum wiąże mnie jeszcze druga nić miłości. Ta część historii to bardzo osobista przestrzeń w moim sercu.  Któregoś dnia mój Tata stał się Pacjentem Hospicjum. Wierzę, że dzięki służbie na rzecz Hospicjum mogłam wlewać w relacje z moim Tatą dużo więcej zrozumienia dla jego niemocy, dużo więcej serca. Przede wszystkim jednak, nauczyłam się, że mogę w tej relacji być sobą. To dla mnie, jako dziecka, okazało się  niezwykle cenne.

            Chciałabym bardzo, aby ten tekst zachęcił wszystkich, zwłaszcza młodych do przełamywania własnych barier. Każdy z Was ma w sobie potencjał, który może ofiarować innym.  Jeśli zastanawiacie się nad swoją drogą, przyjdzie tu po wskazówki. Dajcie sobie szansę na to, by odkryć swoje pokłady możliwości.

 Ten wpis dedykuje mojemu Tatusiowi.

Karolina